Weekend zapowiadał się całkiem normalnie.
W piątek miałam iść na piwko z pewnym panem, który z tego spotkania zrezygnował, bo jestem niedobre ziele itd, dostałam pouczenie, zupełnie jak bym się wczoraj urodziła i świata nie znała. A to, ze czasem cos palne bez zastanowienia to już inna sprawa, cóz tak to juz ze mną bywa. Zdarza mi się zrazać do siebie facetów, od roku dość często. I tak go lubie.
Powodem tego małego zamieszania były dwie inne propozycje spędzenia wieczoru : urodziny w czekoladzie i salsa. Chciałam to wszystko jakoś pogodzić i poukładać, ale niektórzy sie "obrazili".
Michał powiedział, ze w czekoladzie są urodziny Sabiny, ktora na moich urodzinach wyczarowała mi torcika. Pomaszerowałam z bukiecikiem. Bylo tam 4 fotografów więc tematem przewodnim była fotografia a jakże. I zdjęć dużo zrobili ( zamieszczę jak dostanę). Tańcowalismy też. Tak się fajnie bawiłam, ze zostałam w czekoladzie, z salsy zrezygnowałam. Niestety o 1 byłam juz w łozku, bo w sobote do pracy...
Trochę umieralam caly dzień, a po pracy na kręgle, fajna zabawa. Wieczorem padlam.
W niedziele o 11 na tenisa, cięzko było, malo siły... a potem na grila do wujka
